zdarza mi się czasami płakać. pewnego dnia zatopię siebie w tych łzach.
i kręcę się wokół własnej osi nie widząc świata. niebo. zbliżasz się. bo w tej niewyraźnej sylwetce coś błyszczy. trzymam w dłoniach ostrza luster.
bo widzisz.
dzisiaj się chwieję. i nie wiem czy długo wytrzymam.
muszę chociaż na chwilę odpocząć. przestać płakać. kręcić się. i chwiać. muszę chociaż przez chwilę. nawet kilka minut poleżeć w bezpiecznych ramionach. i nabrać sił. bo tak bardzo mi ich brakuje. proszę. pozwólcie mi przez kilka chwil nie robić nic. i patrzeć w Księżyc bez dygotania i płaczu. proszę. potrzebuję Ciebie by móc zniknąć. tylko na chwilę.
później się podniosę. i będę walczyć. i będę Cię wspierać. i będę z Tobą. ale tylko na chwilę. zamknąć oczy.
po pięciu dniach w szarym, blokowym mieszkanku doceniam swój pokój wielkości owej krakowskiej norki. ale nawet nie warunki mieszkalne tak mi doskwierały. a brak znajomych.
wybierając najtańsze białe koszule (ażeby rodzicom chociaż w tej kwestii oszczędzić wydatków) świadomość matur niemal zwaliła mnie z nóg. piątek. piątek. piątek. a ja wciąż nic nie wiem o niektórych lekturach.
równocześnie dawno nie byłam tak wolna od tego bezsensu życia. i taka odległa. bo nagle pojawiły się ważniejsze rzeczy. bo prace. projekty. bo arkusze. streszczenia. prezentacja.
proszę. nie mówcie mi o odpoczynku. bo po maturach to się dopiero zacznie. jeżdżenie. składanie papierów. kurs dla wychowawców kolonijnych. kurs Photoshopa. kurs przygotowujący na ASP. egzaminy w trzech miastach. wszystko skończy się wraz z początkiem lipca. i z trwogą czytam jak podobny etap dopadł Esther. boję się, że jeśli będę musiała jak ona kolejny rok mieszkać z matką. stanie się ze mną dokładnie to samo.
22:37
nienawidzę.
nienawidzę spotykać ludzi po pijaku, z którymi rozmawia się jak z dobrymi przyjaciółmi.
nienawidzę chłopców wpompowujących we mnie nadzieje. karmiących mnie komplementami. i miłymi słówkami. nienawidzę jak wyciągają ze mnie nazwisko. wiek. czy to naprawdę ma znaczenie? przecież i tak więcej się nie spotkamy. gdy już z na odczepnego daję ten nieszczęsny numer telefonu gasną we mnie wszelki płomyki. a. masz.