zostawili mnie. błąkam się po ciemnym domu. nie mam nikogo. szyjka się kruszy. główka odpadła. nie wiem skąd tyle zadrapań na duszy.
gładzę policzek.
opuchnięty.
otwartą do mięsa ranę.
wczorajsza noc była przesycona smutkiem. pamiętam smutek w jego pięknych oczach. może raz wcześniej z nim rozmawiałam. rzadko spotyka się tak pięknych ludzi. chyba jest zakochany. odparłam tylko. iż rozumiem.
jakiś facet, który twierdził, że mnie zna. i całuje po rękach. zostałam tylko Bezimienną.
i dziewczyna, z którą się całowałam. bodajże na Sylwestra. dopiero wczoraj poznałam jej imię.
i setki innych ludzi.
kilka kroków. papieros.
strach.
pusty.
dom.
ciemny.
dom.
dlaczego znowu zostawiliście mnie w tym stanie?
[wyobrażam sobie jak leżę w kałuży krwi. jak tnę sukcesywnie. dokładnie.
idealnie blady materiał.]
nie odebrała telefonu.
dwie tabletki.
na obłęd zostanie czas. lipiec. sierpień. wrzesień.
jestem taka spokojna.
pusta.
z lekka szumi.
23:17
odeszłam. na pożegnanie pokazując środkowy palec. chyba tylko dlatego żebyś poczuł jak to jest być zostawianym. [szukał mnie po mieście. dzisiaj nie wiadomo skąd pojawił się. z akwareli.] chciałabym żebyś zawalczył, Czarny.
siedzę w pustej norze. jest co raz więcej przedmiotów. jest mi trochę mniej samotniej z nimi.
uderzam trzewikami o chodnik. za głośno. ze schizofrenicznym strachem w wielkich oczach. przyśpieszam kroku. nie czesałam się i nie myłam od wczoraj. nie widzę powodu. suchymi ustami proszę o lucky strike. ta obawa na twarzy dziewczyny za ladą. brudnymi palcami wygrzebuję pieniądze. spostrzegam jak podrapane mam dłonie. sine cienie na twarzy. i ta rana.
pamiętam wszystko. pamiętam kogo spotkałam, gdzie i z kim szłam. nawet o czym rozmawiałam!
nie pamiętam tylko jak zemdlałam w łazience. ani dlaczego teraz mam głęboką raną na policzku. nigdy nie byłam ładna. blizna niczego nie zmieni. choć rana sprawia, że wyglądam na pokrzywdzoną. jestem ofiarą własnej psychiki.
krwi lało się więcej niż przy moich niekontrolowanych wybuchach autoagresji. możecie się tylko domyślić jaką miałam przed chwilą poranną awanturę w domu.
nic nie brałam. wypiłam sporo. ale nie więcej nie zwykle. nie żeby mdleć! i nie żeby tak beznadziejnie stracić przytomność w ciemnej łazience?!
święta spędzę u siebie w pokoju. nie wyjdę. nie porozmawiam. nie zjem. nie będę udawać katoliczki. nie będę udawać, że kogoś kocham.
nie przyjmuję niesprawiedliwości tego świata. nie akceptuję. nie zgadzam się.
dajecie wiarę? ja. JA! i dopuszczający z języka polskiego na świadectwie maturalnym.
15:27
nie umiem odpowiadać sobie na pytania dlaczego?.
90% rzeczy, które robię, wykonuje wkładając całe swoje serce. nie lubię kłamać, choć moje życie opiera się na kłamstwie. [kolejna sprzeczność mojej niedojrzałej osobowości, do której zaraz jakiś Gal Anonim się przyczepi]
i tak nagle zdaję sobie sprawę iż nie potrafię znaleźć argumentów ani nawet kłamstw uzasadniających dlaczego akurat wzornictwo? dlaczego ASP? dlaczego Kraków? dlaczego taki temat prezentacji z polskiego? dlaczego aż taka determinacja? dlaczego nie zostałam przy biologii? a dlaczego jednak nie grafika?
dlaczego?
dzisiaj czuję się jak trzynastolatka. zdezorientowane dziecko w rosnącym ciele i zbliżającym się, dorosłym świecie.
chyba się cofam w rozwoju
17:37
Żeby pojąć Wojaczka, trzeba mieć w sobie darowaną (bądź zachowaną) jakąś dozę "rozumnego szału". Czyli coś, co dotknięte słowem, robi się blade, ale jest, naprawdę jest i pozwala chociaż raz na jakiś czas przekroczyć granicę codzienności. Żyć przez chwilę powyżej poziomu zwyczajnego życia.
siedzę na parapecie krakowskiej kamienicy. boli. jestem gnijącą na słońcu padliną. robaki wyżerają mi serce. z ust wychodzą czerwie.
to było jak sztyletem. nagle. cicho. bez ostrzeżenia. orientuję się ile krwi straciłam. ile upłynęło sił i resztek ufności.
[Monika:] dlaczego tak kurewsko cierpiałam, gdy się od siebie odwracałyśmy? dlaczego znowu to scalałam? po to byś miała po kim jeździć? z kogo kpić? istnieją granice. nie krytykuje się kogoś za to, iż robi to co kocha. nie w ten sposób. inteligentny człowiek, za którego Cię uważałam zamiast prostacko zjeżdżać to, czego nie rozumie, powinien zgłębiać.
tyle zrobiłam i tak ufałam...
wiedziałam, że z nim zerwiesz. nie sądziłam, że to on stanie po mojej stronie.
[Czarny:]
dlaczego?! dlaczego zniknąłeś na sześć miesięcy tak nagle?
dawno temu. na początku września pojawił się w moim życiu Czarny. więź między nami wywiązała się niemal natychmiastowo. wczoraj krzyczałam jak opętana. nie mógł mnie uspokoić żadnym przepraszającym uściskiem. dotykiem.
"wyobraź sobie, że trzech Twoich znajomych popełniło samobójstwo. i ty nagle dowiadujesz się, że osoba, która zajebiście ci się podoba też chce to zrobić. co robisz?"
"na pewno nie znikam na tak długi czas bez słowa wyjaśnienia!" - powiedziałam spuszczając wzrok.
Czarny był jedyną osobą, która próbowała zgłębić temat nie przejmując się tabu jakim samobójstwo jest obarczone. bezpośrednio pytał dlaczego. jednak nie wpuściłam go w tą intymną sferę moich demonów. tu nikomu niewolno wchodzić. on przechytrzył mój teatrzyk. wystraszył się. a ja nie potrafię wybaczać.
desperacko sprawdzam czy dzwonił. czy wysłał smsa.
nie zostawia się ludzi topiących się w bagnie własnych urojonych psychoz. i depresji.
tak. pójście do szkoły było zbyt absurdalnym pomysłem.
siedziałam przed kościołem rysując wieżyczkę.
uciekłam, gdy ludzie zaczęli się schodzić na mszę.
Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi.
Dotknąć... R. Wojaczek
panicznie zaczynam bać się tego co będzie po egzaminach. już czuję tę gorycz lipca, sierpnia i września. utrzymuję kontakt z ludźmi, tylko dlatego że od czasu do czasu pojawiam się w szkole. chodzę na kurs. będzie tak, jak było kiedyś. jest tak jak było kiedyś. nie ma nawet kogo zapytać "co u Ciebie?"
znowu nazywam samotnością dni, kiedy się boję. gdy gram. nie odróżniam się od postaci z bajek.
[dzisiaj znowu masz koncert. przynajmniej wiem, iż nie chcę Cię oglądać. niebezpiecznie rozpadłabym się w Twoich dłoniach. na milion małych kawałków. ]
oglądam ranę z uwagą. nie ma Cię w niej. nie ropieje. kleję trumienkę na tą miłostkę. i szufladki na okruszki z namiętności.
For the rhymes of an hour Now i'm going home And I can't believe I'm nothing 'Cause I'm coming down
nie wiem po co się staram. po co to wszystko robię. po co uczę się nocami. rysuję popołudniami. nie wiem po co marzę. planuję.
nie ma efektów. nie umiem napisać na dobre oceny. nie umiem stworzyć zachwycających projektów.
jedyne czego się nauczyłam to codziennie wstawać dla siebie. i płakać przez innych.
przestałam być miła dla ludzi, którzy mnie obgadują. którzy wkurzają mnie bezsensowną paplaniną. dopiero teraz. pod koniec trzeciej klasy mówię im w twarz co o nich myślę. oni się boję własnych odbić w słowach.
nie mam nadziei. gdy kończyłam podstawówkę ze smutkiem w jasnej główce i sznytami na rękach marzyłam o lepszym gimnazjum. gdy chodziłam do gimnazjum bałam się ludzi i chowałam swoje czterdziestoparokilowe, pocięte ciałko w klatce bez wyjścia. modliłam się o lepsze liceum. gdy za niespełna dwa miesiące skończę liceum mam tylko nadzieję więcej nie spotkać tych hipokrytów. wiem, spotkam następnych.
jedyne rozmowy jakie toczę z ludźmi to te na fajce. na nich nie krzyczę. mają tak samo wyjebane jak ja.
czuję, że trzymam się tylko dzięki pracy i celom jakimi są matura i egzaminy. w lipcu. gdy dowiem się, iż nie przyjęli mnie na ASP położę się i nie wstanę. tak jakby było od zawsze.
czytając drugi raz Szklany klosz, widzę więcej podobieństw między mną a Estcher. żałosne.
hipokryci. banda ignorantów i infantylnych idiotów.
nie widzę jak się poruszam.
marzę by przez cały weekend obserwować pąki na krzewach. chcę oddychać znowu poezją i terpentyną.
tymczasem sypiam od 2 do 5 godzin dziennie. wymiotuję ze zmęczenie. we krwi mam napoje energetyczne a nie osocze.
płaczę bez powodu.
krzyczę bez powodu.
czas rzucania przedmiotami w rozkwicie.
od katatonicznej pustki. po euforyczny, wręcz psychotyczny zapał do pracy. by znowu się załamać. zdzierać paznokcie na zębach. głową walić po ścianach.
20:57 TRZEBA BĘDZIE ZNOWU UCIEKAĆ. ZNOWU KOŃCZYĆ ROZDZIAŁY. PALIĆ MOSTY.
już nie spotykam nowych ludzi. spotykam schematy. powielające się szablony. w różnych barwach. mam dość osób, które nie mają mi nic interesującego do zaoferowania. mam dość pustych rozmów i ignoranckiego zdziwienia i zadumania nad moją oryginalności. wolę upić się z dwójką takich samych dziwaków, niż pójść na imprezę do bandy bezgłowych ludzi.
Can you tell me what you're thinking? I just melt inside your eyes Kiss me like they do in movies Modern child of the night
I was watching you for hours Standing there beside the pool When you wear those pretty dresses I forget the girl in you
nie spotkałam go. natomiast upiłam się do tego stopnia, iż połowa wieczoru/nocy stanowi dla mnie zagadkę.
nie umiem się obudzić.
więcej. więcej. więcej. szybciej. mocniej. teraz.
Lola is on the floor She's wanting more, she's wanting more Lola is on the floor She's wanting more, she's wanting more
od dwóch dni nieustannie się trzęsę. na granicy podniecenia. i śmierci. nie opanowuje tego drżenia.
prześladują mnie dziwne kształty. nie umiem ich wyrażać ani nazywać. są snami, których nigdy nie pamiętam. spojrzeniami. pragnieniami. wspomnieniami.
Szaleństwo i obłęd jako temat w literaturze i sztuce.
ta prezentacje maturalna zaczyna mnie przerażać. czytam Lot nad kukułczym gniazdem. może Plath? coś z Wojaczka? czy ktoś z Was, nienormalnych, obłąkanych wariatek chce mi polecić lektury, poezję, artykuły, obrazy, filmy a propos owego tematu?
jestem otwarta na każdą propozycję.
mam nieprzyzwoitą potrzebę zobaczenia Ciebie.
i pewnie tak zrobię, iż w ten piątek pójdę tam, gdzie mnie nie było od trzech miesięcy. tylko zerknąć. mignąć. musnąć. i zniknąć.
w oczach stoją mi łzy. stoją tak od kilku dni. czasem wylewają. puszczają. spływają. przez te kilka dni byłam tym kim chciałam być. robiłam to co chciałam robić.
dzisiaj wiem, że jestem wyżej i dalej od większości. bo kocham to gówno. zmęczenie. pocięte palce. rowki w dłoniach z grafitowym pyłem. węgiel na twarzy. ból w plecach i pulsujące stopy. niemoc i niepokój artystyczny.
jestem Śpiącą Królewną obudzoną w niewłaściwym momencie bajki. miałam się obudzić na wiosnę. po maturach.
[dla niezorientowanych przez tydzień mieszkałam Krakowie i chodziłam codziennie na kursy artystyczne. kosztem szkoły. stąd moja nieobecność. nie miałam tam za bardzo dostępu do Internetu.]